Zanim na półkach pojawiły się luksusowe bazy hybrydowe, zaawansowane kwasy kosmetologiczne i kremy z peptydami, nasze mamy i babcie musiały radzić sobie same. Ich "kosmetyczki" przypominały często spiżarnię lub zielnik, a zapachy dochodzące z łazienki mogły przyprawić o zawrót głowy. Dziś z uśmiechem (i lekkim przerażeniem!) wspominamy niektóre z tych metod.
Co było prawdziwym hitem, a co dzisiejsza kosmetologia i dermatologia odradzają szerokim łukiem? Zapraszam na krótką, humorystyczną podróż w czasie!
1. Sok z cytryny na przebarwienia i żółte paznokcie
Klasyk nad klasykami! Gdy po malowaniu paznokci u rąk ciemnym, drogeryjnym lakierem płytka stawała się żółta, do akcji wkraczała połówka cytryny. Cytrynę wcierało się też namiętnie w twarz, by zlikwidować piegi i przebarwienia posłoneczne.
Werdykt: KIT! Choć kwas cytrynowy faktycznie ma właściwości rozjaśniające, to nakładany w ten sposób drastycznie niszczy naturalne pH skóry i uwrażliwia ją na słońce (działa fototoksycznie!). Dziś w salonie na przebarwienia stosujemy bezpieczne, laboratoryjnie zbilansowane kwasy Peel Mission, które nie robią krzywdy barierze hydrolipidowej.
2. Pumeks – wróg publiczny numer jeden
Jeśli w latach 90. istniało narzędzie tortur dla stóp, był to pumeks. Ten naturalny (lub syntetyczny) kawałek chropowatej skały leżał mokry na brzegu każdej wanny, czekając, by zedrzeć z pięt wszystko, co się dało.
Werdykt: ZDECYDOWANY KIT! Złuszczanie pięt pumeksem to dla skóry sygnał ostrzegawczy: "Atakują nas! Musimy rosnąć szybciej i grubiej!". Efekt? Pięty po kilku dniach stawały się jeszcze twardsze. Co gorsza, wilgotny, porowaty pumeks to istny inkubator dla grzybów i bakterii. W dzisiejszym pedicure używamy jednorazowych, higienicznych nakładek ściernych, a nadmiar naskórka usuwamy precyzyjnie frezarką lub kwasami.
3. Olejek rycynowy na... wszystko
Wcierany w rzęsy (co często kończyło się mgłą przed oczami i opuchlizną), w brwi, w skórki wokół paznokci, a nawet nakładany na włosy. Olej rycynowy był uważany za remedium na każdy problem z włosiem i paznokciami.
Werdykt: PÓŁ NA PÓŁ! Metoda jest skuteczna, bo olej rycynowy świetnie natłuszcza. Jednak jego gęsta, lepka konsystencja to koszmar w aplikacji. Dziś mamy na szczęście leciutkie oliwki do skórek i specjalistyczne bazy utwardzające (np. te od Semilac czy LaDiosa), które wzmacniają paznokcie znacznie skuteczniej i bez klejenia się do wszystkiego wokół.
4. Plasterki ogórka na oczy
Kto z nas nie pamięta widoku mamy leżącej na kanapie z dwoma plasterkami zielonego ogórka na powiekach? Miało to redukować opuchliznę i cienie po nieprzespanej nocy.
Werdykt: HIT (z małym plusem)! Zimny ogórek w 96% składa się z wody, więc jego chłodzący efekt obkurcza naczynia krwionośne. Przyjemne? Bardzo! Długofalowe? Niestety nie. Zamiast sałatki na twarzy, dziś wybieramy japoński masaż Kobido, który nie tylko relaksuje, ale przez świetny drenaż limfatyczny trwale zdejmuje "ciężkość" i opuchliznę z całej twarzy.
Dlaczego dziś mamy o wiele lepiej?
Urodowe eksperymenty naszych babć mają swój niezaprzeczalny urok, ale na szczęście branża beauty poszła niesamowicie do przodu. Dziś nie musisz zgadywać, czy coś zadziała, ani znosić nieprzyjemnych zapachów maseczek z drożdży.
Kluczem do dzisiejszego piękna jest Medyczne Bezpieczeństwo i Technologia. W Arleta art & beauty nie używamy magii ani starych receptur. Korzystamy ze sterylnych narzędzi wyjmowanych prosto z autoklawu medycznego (żegnaj pumeksie!), opieramy się na zaawansowanej chemii kosmetycznej, dedykowanych kwasach oraz wiedzy, jak budować paznokcie, by trzymały się tygodniami.
Możemy z uśmiechem zostawić cytrynę w kuchni (gdzie świetnie sprawdzi się do herbaty), a pielęgnację oddać w ręce profesjonalisty!